Zamknij

Zanikające zwyczaje i tradycje Wielkanocne

08:00, 04.04.2021 | Jowita Rutkowska
Skomentuj Fot. Pixabay
REKLAMA

Nasz świat tradycji i zwyczajów z roku na rok coraz bardziej ubożeje. Niestety. Być może wynika to z faktu, iż człowiek ma coraz mniej czasu? Jest to chyba jakaś czasowa czarna dziura, ponieważ dzięki naszym zdobyczom techniki oszczędzamy go mnóstwo, a ciągle brakuje.

Jeśli komuś wydaje się, że Święta Wielkanocne w aktualnym wydaniu są przepełnione zwyczajami i tradycjami, bo: kupił palmę, będzie święcił pokarmy w koszyczku, maluje pisanki, upiekł babkę i poleje bliskich wodą w lany poniedziałek, to o Wielkanocy nie wie prawie nic, ponieważ o tym, co się dzieje w ciągu tych kilku dni, powstały całe książki. Dlatego też ze względu na ograniczoną ilość miejsca wspomnę tylko o kilku, moim zdaniem, najciekawszych obrzędach, które odeszły lub odchodzą w zapomnienie.

Wielki Tydzień zaczynamy tzw. Niedzielą Palmową, czyli niedzielą Męki Pańskiej. Z sama palmą nie ma problemu, słyszał o niej każdy. Co jednak robiono dawniej po poświęceniu takiej palmy? Uderzano się nią, wierząc, że ten gest doda sił witalnych i zdrowia. Za pomocą palmy, niczym kropidłem kropiono domy, obejścia oraz zwierzęta, wieszano pod strzechą lub stawiano w oknach, aby zabezpieczyć dom przed piorunami. No i oczywiście cała ludowa apteczka, czyli: połknij bazię, a nie będzie bolało Cię gardło, dodaj pokruszone bazie do naparu leczniczego, a zwiększysz jego skuteczność. W niektórych domach spotkałam nawet kilkanaście palm, stojących sobie spokojnie w kącie przez cały rok. Czemu? Bo ich właściciel wiedział, że poświęconej rzeczy się nie wyrzuca, ale nie wiedział, że można ją po prostu spalić. To właśnie stąd bierze się popiół na Środę Popielcową. Osobiście ubolewam nad tym, że zaniknął zwyczaj tzw. Jezuska Palmowego, czyli obwożenia figury Jezusa na osiołku wokół kościoła. Dziś ostała się jedynie symboliczna procesja. Czasem próbuje się wskrzesić tę tradycję, ale nie jest to łatwe, gdyż bardzo trudno zdobyć osła w ogóle, a już osła, który zechciałby uczestniczyć w obchodach, graniczy niemal z cudem.

Ciemna jutrznia dokładnie opisywała ostatnie chwile Jezusa. W Wielką Środę wieczorem zapalano w kościołach piętnaście świec. Śpiewano czternaście psalmów i po zakończeniu każdego z nich gaszono jedną ze świec, co symbolizowało uczniów, którzy zwątpili w Jezusa. Na koniec zostawał już tylko jeden płomyk – osamotniony w cierpieniu Jezus.

W Wielki Czwartek nie można było przeklinać, bo naruszenie tego zakazu mogło spowodować, że na naszą głowę spadnie kościelny dzwon. Obecne tego dnia w liturgii kołatki, używane po umilknięciu dzwonków i organów, miały również przeganiać post i zakończyć czas umartwienia. Post żegnano dodatkowo wieszaniem na gałęzi śledzia lub urządzaniem „pogrzebu żuru”. Bardzo terapeutyczne, trzeba przyznać.

Jeśli jesteś w Wielką Sobotę w świątyni i zachwyca Cię obecny tam tzw. Grób Pański, to wyobraź sobie, że dawniej znajdowały się przy nim fontanny, kwiatowe kobierce, ruchome elementy (np. Longin włócznią zbliżał się do boku Jezusa, a niewiasty stojące pod krzyżem podnosiły ręce i wycierały sobie łzy), a żeby to wszystko ujrzeć trzeba było stać w długiej kolejce. Zwyczajem, który pozostał do dziś są tak zwane straże grobowe.

W Wielką Sobotę zanosimy koszyczek z tzw. święconką do kościoła. Dawniej to ksiądz przyjeżdżał do domów, gdzie na stołach czekało mnóstwo przygotowanego jedzenia. Nasi przodkowie święcili wszystko, co w czasie świąt zamierzali zjeść. Czemu dziś już tak nie robimy? Może dlatego, że w 1733 roku ówczesny biskup płocki stwierdził, że proboszczowie tego dnia mają za dużo obowiązków (spowiedź, nabożeństwa, przygotowanie liturgii Wigilii Paschalnej), które zamiast wypełniać z należytym pietyzmem, zaniedbują, biegając po domach.

Co do samej Wielkanocy i kilku dnia po niej, to po rezurekcji urządzano wyścigi furmanek (kto pierwszy dotarł do wsi, będzie się cieszył największym urodzajem), śmigus – dyngus miał charakter matrymonialny, a polewano tak, żeby prześwitywało to, co miało prześwitywać…, chodzono z tzw. „kurkiem” (żywym!), a piątego dnia po świętach organizowano „Dziady wiosenne”, czyli Zaduszki.

Sytuacja, w jakiej obecnie znajduje się cały świat, niestety nie sprzyja podtrzymywaniu jakichkolwiek tradycji. Wprost przeciwnie – może doprowadzić, iż zanikać zaczną nawet te cząstkowe, które do tej pory się zachowały. Jeśli każdy z nas z osobna nie zadba o ich utrzymanie w swojej rodzinie, świat stanie się bezbarwny, a podczas Wielkanocy na pierwszym miejscu zamiast Chrystusa Zmartwychwstałego stanie czekoladowy zając, a głównym zadaniem dzieci, które nie poznają pięknych, kolorowych i ciekawych polskich tradycji, będzie bieganie po ogródku w poszukiwaniu słodyczy. Spustoszenie w uzębieniu stanie się niczym w porównaniu ze spustoszeniem duchowym.

(Jowita Rutkowska)

Z zawodu i powołania nauczyciel. Obserwatorka życia społecznego. Pasjonuje się podróżami, tymi bliskimi i dalekim. Jej drugą pasją jest muzyka. W wolnych chwilach gra na gitarze i śpiewa. Prowadzi scholę dziecięcą w parafii pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbe w Gąsocinie.

Jowita Rutkowska

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%