Zamknij

Skutki znalezienia mapy przez dr. Kęsika C.D.

10:00, 24.04.2021 | IWO GAGUŚ GAWLICA
Skomentuj Rafał Kado
REKLAMA

Właśnie teraz w kwietniu 2028 roku mija kilka lat od przygody, która mnie spotkała po tym jak dr Grzegorz Kęsik w bibliotece powiatowej ukazał mapę XIX-wiecznego Ciechanowa, którą odnalazł w Petersburgu. Była na niej odwzorowana ówczesna Łydynia. Ogromna, szeroka, pełna odnóg, meandrów i zakoli, z Wielkim Jeziorem Królewskim naprzeciw Farskiej Góry.

Czytelnicy na pewno pamiętają, że wszystko co mnie spotkało opisałem wtedy w PULSIE. Ale w ogólnym zarysie przypominam. Otóż tak się zauroczyłem opowieścią doktora Kęsika, że w pełnię księżyca późnym wieczorem poszedłem nad Łydynię i usiadłem na ławce. Zdrzemnąłem się na chwilę, obudził mnie silny głos zapraszający na krypę rybacką, żebym z miejskimi rybakami popłynął na nocny połów. Zorientowałem się, że przeniosłem się w czasie do XIX-wiecznego Ciechanowa. Po nocy pełnej wrażeń szyper krypy rano odwiózł mnie skąd zabrał i powiedział, że jak będę chciał jeszcze raz popływać żebym usiadł na tej ławce znowu w pełnię księżyca wieczorem. Szyper odpłynął, a ja usiadłem i zasnąłem. Jak się obudziłem stała nade mną przesympatyczna bardzo przystojna strażniczka miejska w naszych czasach i spytała co tak siedzę, żebym wilka nie dostał. Tak wróciłem do współczesności. Itd.

Otóż ostatnio naszła mnie chętka żeby skorzystać z zaproszenia miłego szypra i znowu wieczorem w pełnię księżyca usiadłem na ławce nad Łydynią. Wszystko powtórzyło się co do joty, z tym że z szyprem i załogą krypy powitałem się serdecznie jak ze starymi znajomymi. Znowu pływałem przez całą noc po łowiskach, a rano dobiliśmy do nabrzeża rybackiego z tyłu Ratusza. Gdy rybacy sprzedawali połów, ja poszedłem pod górkę na Rynek. Mimo wczesnej pory rejwach był wielki. Świnie, kozy, kury, jaja, ziarka. Święte obrazy, kapelusze ze słomy, kiszone ogórki, itp. Czego tam nie było. Przy schodkach Magistratu handlowały zawodowe przekupki, wszystkie omotane chustami na głowach, że tylko ślipki i nosy widać. Tak wtedy modne były chusty na głowach. (Zaczęło się to zmieniać, gdy za Gierka otworzyli granicę z Niemcami i do kraju ludzie zaczęli przywozić wielkie ilości włóczki moherowej). Tylko jedna kobieta za straganem nie była omotana chustą i stała z gołą głową. Do tego zamiast mieć długie warkocze zapięte w kok jak wszystkie panie, włosy miała krótko ostrzyżone. Zwróciłem na nią uwagę i dostrzegłem, że jest wysoka, szeroka w biodrach i wąska w tali. Trochę chuda, ale w tym też jest urok. Handlowała sprawnie i co rusz chowała kopiejki do woreczka między piersiami. Widziałem jak fachowo obsłużyła trzech pejsatych Żydów co się z nią targowali. Potem sprzedała puzderka dwóm oficerom z naszego pułku. Widać dali rubelki z napiwkiem, bo jak inkasowała na jej twarzy rozlał się uśmiech rozkoszy. Gdy oficerowie odeszli, podszedłem do niej i zagadałem, że od rana ciężko pracuje. Odrzekła, że mnie nie zna i na pewno nie jestem stąd, więc mi powie o co chodzi, bo do tutejszych nie ma zaufania.

– Jestem córką krawca z Warszawskiej. Zgodnie z tradycją muszę wyjść za mąż ze swatów, koniecznie za rzemieślnika. Swatali mi już grubego rzeźnika, nie chciałam. Swatali grubego piekarza, nie chciałam. A teraz mi swatają chudego szewca, nie będę chciała. Dlatego handluję pod Ratuszem żeby zarobić na szyfkartę na statek do Ameryki. Tam jest liberalna demokracja i kobiety są wolne – powiedziała, a jej słowa zauroczyły mnie totalnie. – Jaka mądra kobieta – pomyślałem i rzekłem: – Ja pani dołożę do szyfkarty i pojedziemy do Ameryki razem. Na to usłyszałem: – Dobrze. Tylko niech pan sobie nie wyobraża za dużo. Gdy będziemy już w Ameryce, ja pójdę w swoją stronę, a pan w swoją.

Oczywiście przytaknąłem i pomyślałem sobie, że jak ją uwiodę na środku Atlantyku, to się jej spodoba i zmieni zdanie. Zaraz wróciłem na przystań i powiedziałem szyprowi, że muszę wrócić do moich czasów, a potem znowu popłynę z nimi trzeci raz, ale już nie wrócę.

Na razie po drugim powrocie za wszystkie oszczędności kupiłem u pana Geryka dużo złotych pierścionków i wisiorków. Zaszyłem w dwa woreczki, które ukryłem w ubraniu. Gdy kolejny raz, już na zawsze żegnałem się z sympatycznym szyprem, coś mnie tknęło. – Przecież ja znam jego praprawnuka. Ten sam nos, czoło, podbródek. Uśmiech i spojrzenie. Nie przypadek, za dużo tych i innych podobieństw. Miły szyper to prapradziadek mojego kolegi! – pojąłem lotem błyskawicy. Lecz nie powiedziałem nic. Może to błąd, ale się stało. Mea culpa.

Zgodnie z planem pojechaliśmy z córką krawca do Mławy, gdzie u pewnego Żyda kilka pierścionków zamieniłem na dwie szyfkarty. Potem przez zieloną granicę udaliśmy się do Iłowa, skąd z przesiadkami koleją dotarliśmy do Hamburga i wsiedliśmy na statek do Ameryki. Jak zaplanowałem uwiodłem kobietę na środku oceanu i była zadowolona. Więc gdy stanęliśmy na amerykańskiej ziemi od razu wzięliśmy ślub u sędziego pokoju. Przy okazji zmieniłem nazwisko i od tamtej pory byłem już nie Gagusiem tylko misterem Ivonem Gagooshem. A moja nowopoślubiona żona nieco skróciła imię i zaczęła się nazywać misis Barbra Gagoosh. Mieliśmy troje dzieci i rodzina dorobiła się dużego majątku. Gdy umarłem kupili mi grobowiec z widokiem na Manhattan. Żona umarła trzy lata później, jej trumnę postawili obok mojej. Od tamtej pory czasami ze sobą rozmawiamy. Ale z coraz większym trudem, bo z biegiem lat murszeją nam szczęki i się zacinają.

Naprawdę udane miałem życie. Ile dobrego wynikło dla mnie ze znalezienia mapy przez doktora Kęsika…

Teraz sprawy bieżące. Najważniejszym dla nas wydarzeniem tego czasu, stał się zeszłotygodniowy szczyt w Budapeszcie, na którym przywódcy krajów Grupy Wyszehradzkiej udzielili zdecydowanego poparcia wójtowi gminy wiejskiej Ciechanów, w związku ze wznoszeniem przez niego Powiatowego Domu Kultury „Straszny Dwór” im. Tadeusza Moniuszki w Bardonkach. Równolegle z tej okazji do wójta napłynęły także gratulacje z Izraela i Watykanu.

– Wspaniale! Cudownie! – skomentowały bieg wydarzeń miłe panie Danusia z Wandzią, przypadkiem spotkane przez naszego redaktora na Strażackiej koło rzeki.

Tyle w kwietniowym czytadełku. Szalom!

Fot. Rafał Kado

(IWO GAGUŚ GAWLICA)

Pochodzi z okresu powojennego. Pamięta wiele premier „Kabaretu Starszych Panów” i pierwszych wydań „Kabaretu Olgi Lipińskiej”. Podziwia dzisiejsze kabarety publiczne na ciechanowszczyźnie z licznym udziałem postaci kabaretowych z miasta i powiatu naszego. Poprawny politycznie – zwolennik The Beatles, YouToube, Wikipedii oraz Portalu PULSU CIECHANOWA.

Iwo Gawlica

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%