Zamknij

Wigilijna opowieść i podglądacz w Regiminie

08:00, 24.12.2020 | IWO GAGUŚ GAWLICA
Skomentuj Rafał Kado
REKLAMA

Grudzień 2027 roku zaczął się ponuro. Już pierwszego dnia miesiąca od strony Zachodu nadleciała czerwona kometa z czerwonym ogonem, a nad krajem w zenicie zawisła na niebie czerwona gwiazda. Na ulicach szalały okrutne kobiety wznoszące hasła przeciw mędrcom i wartościom. – Biada nam, biada. Co z nami będzie? – pytały z trwogą poczciwe niewiasty serca prostodusznego.

I nadszedł dzień 24 grudnia. Wigilijna radość rozjaśniała nad upiornym mrokiem. Korzystając z zaproszenia Pani Dyrektor wcześnie przed południem udałem się na Wigilię w Bibliotece. Byli tam już zacni goście – radni, prezesi spółek komunalnych z małżonkami, twórcy kultury, urzędnicy miejscy i powiatowi. Potrawy wigilijne piętrzyły się na stole. Na ciepło były hot-dogi, cheesburgery, hamburgery i pizza. Kotlety schabowe i mielone. Golonka i pulpety oraz żeberka duszone w sosie cebulowym. Na zimno serwowano galaretkę z nóżek wieprzowych, szynkę, polędwicę oraz kiełbasę i salceson.

Jedzono z ochotą popijając coca- i pepsi-colą. Toasty wznoszono whisky i brendy oraz wódką z lodówki. Nastrój wzmacniały tańce parami i grupowo przy muzyce disco-polo. Miałem szczęście, w wigilijnym korowodzie tanecznym poszedłem z bibliotekarką czarującą jak Maryla Wereszczakówna, w drugiej parze zaraz za Panią Dyrektor z Panem Małżonkiem.

Około 15-stej stańcowany skłoniłem się Pani Dyrektor i Panu Małżonkowi i wyszedłem z Biblioteki udając się ku memu autku. Wsiadłem i pojechałem do Lasu Bardońskiego, by o zmroku zaznać uroków lasu wigilijnego. Tam na skrzyżowaniu dróg w cztery strony świata, zagapiłem się i nie skręciłem w prawo, tylko niechcący pojechałem prosto. Wtedy poczułem magnetyczną moc, która sprawiła, że droga wigilijna niosła samochodzik ze mną prosto przed siebie, aż po trzech godzinach pojawił się pierwszy zakręt, a przed nim dół pełen błota. Zatrzymałem autko i ruszyłem pieszo przez ciemność lasu. Słychać było wycie wilków, między drzewami połyskiwały czerwone ślepia leśnej fauny. Gdy minąłem zakręt dostrzegłem światełko przy drodze. Doszedłem, ujrzałem karczmę leśną, z jej okienka sączyła się ciepła czerwona poświata. Zapukałem. – Wchodźta, wchodźta – odpowiedział mi głos z wnętrza. Wszedłem. Obecni siedzieli przy wigilijnym stole, na którego rogu było jedno wolne nakrycie dla spóźnionego wędrowca. – O, spóźniony wędrowiec! Siędnijta se gdzie miejsce dla was. Siadłem. – A wy kto jesteśta panocku? – usłyszałem od gospodyni. Więc przedstawiłem się, powiedziałem, że jestem magistrem, zrelacjonowałem o Wigilii w Bibliotece i jak się znalazłem u nich w lesie. – A ja jestem Beńkowa Szmietankowa, to mój mąż Beniek Szmietanek. Tyn stary do tyść, tyż Beniek Szmietanek. A tyn młody to syn, a jakże inaczej Beniek Szmietanek. My tu prowadziem familijnie karczmę leśną dla ślachciców z łokolicy. Najcęściej pzyjezdza ślachta z Rzeczków, Grędziców i Mieszków. O te z Rzeczków to pikne pany. Zapijają i jedzą trzy dni, a grosza nie żałują, szczodre mają trzosy – mówiła Beńkowa Szmietankowa.

Jak tego słuchałem nagle naszła mnie myśl, że może to jakaś mistyfikacja służb dla wplątania mnie w intrygę. Więc wpadłem na pomysł żeby zadać Beńkom podchwytliwe pytanie, może ujawnią się kto oni i co jest grane. – A co sądzicie dobrzy ludzie o postawie totalnej opozycji wobec ataków kobiet na wartości? – wypaliłem spontanicznie. – Że co? – syknął najstarszy Beniek. – Jakie wartości? Jakie ataki? Jaka tutalna łopuzycja? Cośta się panocku blekota nazerli? A możeśta na psieśpiegi nasłani przez dziedzica z Grędziców? – odpaliła ostro Szmietankowa. Poczułem się nieswojo, coś przedobrzyłem. Żeby rozładować zły nastrój rzekłem: – Jaki u was piękny ten Las Bardoński.

– Znowu coś blekotacie chłopie – usłyszałem od Beńkowej, a oczy wszystkich Beńków wbiły się we mnie jak sztylety. – Toć mieszkają tu blisko stary Bardon ze swoją Bardonową i u nich trzy córki Bardonki. Ale mają spłachetek lasa taki sam jak i my Beńki Szmietanki. To jaki Las Bardoński? Miesza się wam w głowinie. Idźta na ławę spać na skórach wilczych – rzekła Beńkowa.

Zaraz więc ległem, spałem twardo, że nie usłyszałem pierwszego ani drugiego piania koguta. Obudziłem się w pierwszy dzień świąt gdy słońce było wysoko. Ukłoniłem się gospodarzom i poszedłem ku autku. Zapaliłem, wywinąłem w tył, ujechałem może dwie minuty i dojechałem do skrzyżowania dróg na cztery strony. Skręciłem w prawo i zaraz dojechałem do asfaltu.

Jadąc nie mogłem pojąć, że choć jestem magistrem, nie rozumiem sytuacji. Zaraz postanowiłem pojechać do starożytnego Regimina, który przed naszą erą założyli Rzymianie. Tam jest dobra aura, tam wszystko można zrozumieć.

Gdy dojechałem zostawiłem autko na parkingu i poszedłem nad Łydynię. Oczami wyobraźni patrzyłem na rzymską tamę w poprzek rzeki i młyn wodny mielący ziarka na chleb dla legionistów i ludności. Do dzisiaj w mule tkwią resztki dębowych pali, na których Rzymianie posadowili młyn regimiński.

Z podróży w głąb czasu wyrwał mnie kobiecy głos: – Pan nie tutejszy? To ja panu powiem jaki tu skandal. Teraz po Regiminie krąży jeden gość co podgląda czy ktoś ma na regale puchar albo samowar. Wszystko zapisuje. Chodzi po zmroku, mało kto zasłania okna i jak się świeci to przykłada gębę do szyby i zerka. Raz jedna kobieta spojrzała w okno, zobaczyła oblicze jak upiora i wrzasnęła z przerażenia. Mąż zaraz wyskoczył z domu ale gościa nie złapał, bo szybko uciekł w pole – słuchałem relacji. – Jak on może podglądać kobiecie co ma w regale. Ludzie mówią, że jak spisze puchary, zaraz będzie śledził kto ma w domu termos na herbatę!

W pewnym momencie spostrzegłem, że ja znam tę panią. To przecież Beńkowa Szmietankowa z Lasu Bardońskiego, tylko inaczej ubrana. Gdy chciałem spytać jak przeskoczyła trzysta lat do Regimina, nagle coś zatrzeszczało z tyłu. Odwróciłem się, a gdy nakręciłem na powrót już Beńkowej nie było. Tylko ujrzałem jej sylwetkę jak niknie za mostem po lekowskiej stronie.

Wtedy postanowiłem znowu gdy się ściemni pojeździć po Lesie Bardońskim, a następnie udać do Regimina. Może pojedzie ze mną ta sympatyczna pani magister i pomoże mi zinterpretować ewentualne sytuacje w rodzaju tych, których doświadczyłem w Wigilię i pierwszy dzień świąt. Może wszystko znowu się powtórzy.

To tyle w grudniowym czytadełku. Wesołych Świąt! Szalom!

(IWO GAGUŚ GAWLICA)

Pochodzi z okresu powojennego. Pamięta wiele premier „Kabaretu Starszych Panów” i pierwszych wydań „Kabaretu Olgi Lipińskiej”. Podziwia dzisiejsze kabarety publiczne na ciechanowszczyźnie z licznym udziałem postaci kabaretowych z miasta i powiatu naszego. Poprawny politycznie – zwolennik The Beatles, YouToube, Wikipedii oraz Portalu PULSU CIECHANOWA.

Iwo Gawlica

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz