Zamknij

Arcyrosyjski ulubieniec Stalina

12:00, 16.02.2020 | Waldemar Nicman
REKLAMA
Skomentuj
http://charliethelibrarian.com/michail-bulhakow-fatalne-jaja/

Przez ostatnich kilka lat napisałem ok. siedemdziesięciu recenzji ukazujących się książek. W znakomitej większości były to pozycje, które odpowiadały moim gustom literackim, zainteresowaniom i poglądom. Uważam bowiem, że zdecydowanie łatwiej i lepiej pisze się o książkach, które się dobrze rozumie, i które to przenikają do wyobraźni oraz poruszają serce i duszę czytającego.

Dlatego też recenzowałem pozycje: historyczne, biograficzne, wojenne. Także te o Kresach mych ulubionych, czy też o Żołnierzach Wyklętych/Niezłomnych i martyrologii naszych przodków. Tym razem przychodzi mi się zmierzyć z tematem, który mi nie „leży” i pisarskim herosem, którego twórczość słabo znam. Nie mogę zrejterować. Kiedyś trzeba spróbować czegoś nowego. Tym autorem jest Michaił Bułhakow (jego najsłynniejsza chyba książka to „Mistrz i Małgorzata”).

To jeden z nielicznych pisarzy rosyjskich, którym przyszło żyć i tworzyć w imperium zła, w czasach szalejącego bolszewizmu, a następnie okrutnego stalinizmu, za którego to twórczością przepadał, a także ją bardzo cenił, twórca tego ostatniego – Wielki Językoznawca. Uważał ją bowiem za opłacalną z punktu widzenia komunistycznej władzy. Z tego też m.in. powodu nie pozwalał mu wyjechać, kiedy ten miał już dość „doskonałego” systemu. Zamknął go jednak, w może nie złotej, ale po sowiecku pozłacanej klatce.

Za sprawą nadzwyczaj płodnego i solidnego, rodzimego wydawnictwa FRONDA (ZONA ZERO) na rynek trafiła nowela fantastyczna Bułhakowa „Fatalne jaja”. To jedna z trzech tworzących „małą” trylogię powstałą w latach 1924 – 1925 (w wydanej teraz znajduje też pierwsza część – „Diaboliada”). Ostatnia zaś to „Psie serce”.

Pozycja liczy sobie tylko 208 stron i jest książką, w głównej mierze do czytania, a nie ozdabiania domowej biblioteczki. Ma miękką oprawę. Ciekawą, choć nieco diaboliczną okładkę, która przyciąga od razu oczy ewentualnych nabywców. Nie ma zdjęć, gdyż byłoby je niezmiernie trudno dopasować do głównego jej waloru jaką jest treść. Pełna jest ona bowiem fantastycznych aluzji, metafor i dwuznaczności. W głównej mierze służą one oszukaniu, bądź przechytrzenia bezwzględnej, sowieckiej cenzury. Trzeba ją czytać bardzo uważnie, na uruchomionej wyobraźni i koncentracji aby wychwycić wszystkie zawoalowane niuanse. Warto jednak ze wszech miar poznać dzieło tego znanego i nieco powikłanego prozaika, jakim niewątpliwie był Bułhakow. Cena książki – 34,90 zł nie wydaje się wygórowana. Polecam tę pozycję do przeczytania wszystkim lubiącym to zajęcie, a nie tylko miłośnikom literatury rosyjskiej. Dla mnie osobiście to też nowe przeżycie i spore wyzwanie. To bowiem doskonały, satyryczny pastisz na absurdy i idiotyzmy komunistycznego „raju”.

Dlaczego sowiecka cenzura ją przepuściła

Przez całe lata, króciutkie acz znakomite, dzieło Bułhakowa odczytywano w kluczu groteski i gorzkiej satyry na rzeczywistość pierwszych pięciolatek realnego komunizmu. Tymczasem autor, prócz tego, chciał przedstawić sytuację kiedy to dziwaczny eksperyment naukowy wymyka się całkowicie spod kontroli. Nowela „Fatalne jaja” stanowi też, a może przede wszystkim ostrzeżenie przed ludzką interwencją i ingerencją w inżynierię przyrody i ciekawą, rozbudowaną wizję futurystyczną. Wspaniały wynalazek człowieka – „czerwony płomień”, który wbrew intencjom twórców przemienia żywe i pozytywne organizmy w mordercze potwory rządzone krwiożerczym instynktem (autor nie może odnieść się wprost do ludzi, bo tego cenzura by nie przepuściła – przyp. W.N.) i nauka oskrobana z moralności to wybuchowa mieszanka, która doprowadzi Czytelnika do samozagłady cywilizacji i znad krawędzi prawdziwej apokalipsy do… nieoczekiwanego zakończenia.

Do tej pory dokładnie nie wiadomo, dlaczego sowiecka cenzura przepuściła tę książkę, a jej autor nie skończył z kulą w głowie w bezimiennym grobie, bądź łagrze, jak wielu innych? Prawdopodobne jest takie oto wyjaśnienie: „Stalin nie miewał słabości ni litości, ale wobec Bułhakowa (tak jak napisałem wcześniej) wykazywał się opiekuńczą wręcz cierpliwością. Potwierdzeniem jego stosunku do tegoż pisarza i twórcy teatralnego może być to, że na afisze zapowiadające jego sztuki, za wstawiennictwem Wielkiego Przywódcy powróciło przedstawienie „Dni Turbinów”. Także z jego polecenia Bułhakow znalazł bezpieczną i niezłą posadę asystenta reżysera w moskiewskim Teatrze Artystycznym. Na koniec tego rozdziału uwaga (ostrzeżenie): „Jeśli uważasz, że opłakane w skutkach eksperymenty naukowe mogły się zdarzyć tylko w komunizmie to nie sięgaj po tę książkę”. Bo w dzisiejszym świecie cywilizacji pędzącej ku zagładzie możliwe jest to wszędzie!

O czym jest w „Fatalnych jajach”…

Jak to w Rosji, w pierwszych taktach uwertury słychać już zapowiedź nadchodzącej katastrofy. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że za chwilę zza chmur wyłonią się szaleni jeźdźcy apokalipsy albo świta Wolanda (bohater „Mistrza i Małgorzaty”). A sam Bułhakow jest tej apokalipsy koryfeuszem. Choć przecież mogłoby się wydawać, że zaczyna się niewinnie. Trzeba jednak umieć odczytywać rosyjską gramatykę katastrofy. Oto zafrasowany własnym odkryciem zoolog, prof. Piersikow podąża do swego gabinetu w instytucie przy ul. Hercena. „Jako początek przerażającej katastrofy należy właściwie uznać ten nieszczęsny wieczór” - stwierdza Bułhakow, gdy jego bohater począł badać właściwości wynalezionej przez siebie „czerwonej smugi”. Od pierwszego zdania noweli czuć powiew anty-kosmosu, zagrożenie ostateczną zgubą płynące z sił irracjonalnych. Oj, lepiej tej „smugi” nie było wywoływać… Bowiem dzięki właściwościom „czerwonego promienia”, „szarutkie ameby, wypuszczając swe macki, ciągnęły się z całej mocy ku czerwonej smudze i w niej (zupełnie jakby w sposób czarodziejski) nabierały życia. Jakaś dziwna moc tchnęła w nie nowego ducha i siły”. Na dodatek „smuga” uruchomiła nienasyconą łapczywość żywych organizmów, powodowała wśród osobników przemoc i kanibalizm (zawoalowany opis tamtego czasu w Sowietach – przyp. W.N.). Sprawa zaczęła przybierać charakter lawiniasty. Ze względu na ogromny pomór kur, postanowiono, wbrew woli wynalazcy, użyć „czerwonego promienia” do szybkiego wyhodowania milionów kur. Ktoś bardzo ważny z Kremla kazał wypożyczyć aparaturę naukową do sowchozu kurzego, pod nazwą nomen omen „Czerwony promień”. Tymczasem następuje prozaiczna pomyłka. Rodzi ona jednak horrendalne skutki. Zamawiane w Niemczech jajka trafiają w złe miejsca. Kurze do instytutu, a gadów do sowchozu. W tym ostatnim przy pomocy aparatury od „czerwonej smugi” w szybkim tempie miast kur wykluwają się wężowate potwory, które nabierają monstrualnych rozmiarów. Wyruszają na podbój Sowietów. Zagrażają Moskwie, gdzie wybucha panika, która „pożera” wynalazcę prof. Piersikowa. Władza wysyła do boju oddziały szturmowe Armii Czerwonej (nawiązanie do działań carskiej opriczniny i bolszewickiej CzKA, Feliksa Dzierżyńskiego, a następnie NKWD – przyp. W.N.). Jednak nawet te bohaterskie oddziały nie dają rady. Surrealistycznie sytuację ratuje zupełnie nieoczekiwany, wysoki… sierpniowy mróz, który niszczy potwory…

Co zaś w „Diaboladzie”

Pierwszą częścią „małej”, nowelowej trylogii Bułhakowa jest wydana na początku 1924 roku „Diboliada” (dotyczy zdarzeń z… 1928 r.). W kilka lat później sam autor określi ją lapidarnie: „Opowiadanie głupie. Do niczego”. Trudno do dziś powiedzieć czemu tak surowo je ocenił? Bo w odróżnieniu do „Fatalnych jaj” i skądinąd bardzo dobrego „Psiego serca”, to właśnie „Diabolida” okazuje się najciekawsza. Ponadto jest w niej wyraźna zapowiedź największego dzieła autora „Mistrza i Małgorzaty”, którego to nigdy nie skończył. Dziś „Diabolida” odczytywana jest przede wszystkim jako złośliwa, kąśliwa i depresyjna satyra na sowiecką administrację i biurokratyzm jako taki. Zresztą takie bardzo płytkie traktowanie utworu zawdzięczamy niestrudzonym brązownikom Bułhakowa. Niestety jednak na żołnierza wyklętego zupełnie on się nie nadawał i nie zmienią tego nawet najwięksi miłośnicy romantycznej z ducha wizji prozaika tegoż, jako nieprzejednanego przemytnika antykomunistycznej reakcji na dworze, czy może lepiej, w literackiej menażerii Stalina. „Diabolida” nie jest też studium psychologicznym. Jest na to zbyt krótka i zbyt gęsta fabularnie. Tempo wydarzeń nie pozwala wedrzeć się w pełni w umysł i duszę biednego Korotkowa. Dzięki temu zresztą wiele rzeczy pozostaje satysfakcjonująco niejasnych, prawdopodobnych i nie do udowodnienia. Nie da się na gruncie rzeczowej analizy tekstu dociec, czy główny bohater po utracie pracy odchodzi od zmysłów, pozbawiony jest też tożsamości przez funkcjonariuszy reżimu komunistycznego i stacza się w przepaść bezmiaru szaleństwa. Może jednak mamy w rzeczywistości do czynienia z najprawdziwszą aktywnością osobowości zła i opętania demonicznego.

Zamiast komentarza

O ile w „Fatalnych jajach” źródłem nieszczęść jest los z wyeksponowaną rolą przypadku, o tyle w „Diabolidzie” są nimi moce piekielne we własnej osobie. Trylogię zamknie „Psie serce”, które na premierę będzie musiało poczekać do roku… 1987, gdzie winnym nieszczęścia będą eksperymenty szalonego naukowca. Dopiero po połączeniu ze sobą tych trzech opowiadań, po stworzeniu z nich trylogii, właściwie tryptyku, widzimy, że Bułhakow rzeczywiście wystawia komunizmowi schowanemu pod różnymi maskami bardzo mocny i solidny literacki zarzut.

Trzeba też mieć wiedzę, że sięgając po Bułhakowa, porywamy się na sport skrajnie ekstremalny, bo kiedy myślimy o Rosji, musimy uwzględnić jej terytorialny bezmiar. W Rosji bowiem wszystko jest możliwe. Trudna do określenia sytuacja tego kraju zawsze predestynowała go zarówno do największych poświęceń, jak i największych potworności. Może dlatego w rosyjskiej świadomości narodowej nie było nigdy umiaru, przekonania i zdecydowania. Zawsze była natomiast histeria i załamania. Tą nieprzeciętną i niespotykaną skalę odczuwamy, co chwila w prozie Bułhakowa, który jest postacią wielowymiarową, a także dramatyczną.

(Waldemar Nicman)

Legendarny przywódca ciechanowskiej „Solidarności”. Odznaczany przez Prezydenta RP i Prezesa Rady Ministrów – m.in. Krzyżem Wolności i Solidarności. Odznaczony Medalem „Za Zasługi dla Ciechanowa”. Od 30 lat współpracownik mediów lokalnych i regionalnych. Związany z PULSEM Ciechanowa od pierwszego numeru. Pasjami czyta książki – nawet po kilka tygodniowo.

Waldemar Nicman

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© pulsciechanowa.pl | Prawa zastrzeżone